Wpadł mi ostatnio w ręce pewien periodyk, w którym z fascynacją i niedowierzaniem wyczytałam o sporze toczącym się między założycielem pisma a autorem nadesłanego artykułu. Spór dotyczył konkretnych cnót – a mianowicie dobroci i roztropności. Autor w swoim tekście podszedł do tematu głęboko, jednak odpowiedź, jakiej udzielił mu założyciel, obnażyła poziom merytoryczny, a zarazem stan duchowości samego założyciela. Podważył on bowiem tezę autora poprzez całkowite zrównanie cnót w pracy nad sobą. Nie mówiąc już o sercu – bo w tej polemice zupełnie zabrakło refleksji nad tym, jak bardzo przykro mogło się zrobić autorowi artykułu. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby po takim potraktowaniu nigdy więcej nic do tej redakcji nie napisał.
Doświadczenia z przeszłości pokazywały zresztą coś jeszcze: z jednej strony mierzyło się z tym, jak traktowano odbiorców, a z drugiej strony istnieli przecież czytelnicy, którzy potrafili doskonale wyłapać merytoryczne różnice.
Kiedy jednak doszło do ostatecznego starcia, założyciel machnął ręką, odrzucając głębokie teksty księdza z tytułem doktora i wybierając święty spokój oraz brak jakichkolwiek polemik.
I tak redakcyjna maszyna gładko wróciła do dawnego rytmu. Bo jeśli ktoś w rubryce „na wesoło” próbuje umieścić prawdę wiary, czyż to nie jest spłycenie wartości do poziomu lodów? W starciu o to, czy w życiu i piśmie kierować się duchem chwili, czy duchem prawdy, niektórzy wolą po prostu postawić na to, co słodkie i bezbolesne.

