Gdy pytają mnie, dlaczego to właśnie osoby chore, w tym zmagające się ze schizofrenią, stały się celem moich  zainteresowań i chęci niesienia pomocy, moja odpowiedź kryje się w historii mojego życia. Od młodości   bardzo interesowałam się medycyną. Fascynowała mnie możliwość ratowania ludzkiego zdrowia. Kiedy jednak przyszedł czas wyboru życiowej drogi, moje serce mocniej zabiło dla innego powołania – wybrałam studia teologiczne, decydując się pójść tą ścieżką z miłości do Pana Jezusa. Te   dwie pasje nigdy we mnie nie walczyły, ale się dopełniły. Teologia nauczyła mnie patrzeć na człowieka tak, jak patrzy na niego Chrystus – nie tylko na jego biologiczne ciało, ale na jego cierpiącą duszę. To dlatego dzisiaj mój wzrok kieruje się między innymi  ku chorym psychicznie. To w nich, na styku medycznej bezradności i duchowego dramatu, widzę najbardziej umęczone dzieci Boże zasługujące na obronę ich życia.

Co oznacza hasło „obrona życia” w XXI wieku?

Każde życie ma wartość i sens,  a więc  od poczęcia do naturalnej śmierci. Rzadko jednak kierujemy wzrok w stronę tych, których codzienne życie toczy się za zamkniętymi drzwiami oddziałów psychiatrycznych lub w czterech ścianach samotnych, zapomnianych mieszkań. Osoby przewlekle chore psychicznie, a zwłaszcza zmagające się ze schizofrenią, to jedna z najbardziej wykluczonych grup na świecie. Dziś, w dobie nowoczesnej medycyny, stają oni przed tragicznym, nieludzkim wyborem: cierpieć z powodu przerażających głosów we własnej głowie albo przyjąć ratunek, który niesie za sobą ogromną cenę – otępienie, utratę energii, a czasem utratę własnej tożsamości.

Więcej niż diagnoza – lekcja Ewangelii

W tradycyjnym systemie medycznym pacjent bywa traktowany jak biologiczna maszyna, w której zepsuły się neuroprzekaźniki. Cel leczenia bywa bezduszny: wyciszyć, uspokoić, sprawić, by chory „nie sprawiał problemów”. Leki przeciwpsychotyczne są niezbędną tarczą ochronną – bez nich mózg w stanie psychozy płonie lękiem. Jednak dawkowanie ich bez miłości i bez zrozumienia ludzkiej duszy zamienia człowieka w bolesny cień samego siebie. Wielu chorych wolałoby cierpieć, byle tylko zachować swoją tożsamość, pamięć.. Człowiek to przecież nie tylko ciało i receptory dopaminowe. To przede wszystkim dziecko,  stworzone  na obraz i podobieństwo Boże, w którym jest  tchnienie od Boga. Tak postrzegał człowieka ś.p. Kardynał Stefan Wyszyński zwracając się do ludzi: „Umiłowane dzieci Boże”.  Są to więc dzieci, które mają swoją tożsamość, wolną wolę i serce stworzone do relacji z  Bogiem a w Bogu z drugim człowiekiem. Chrystus w Ewangelii nigdy nie uzdrawiał w sposób taśmowy ani bezduszny.  Przywracał człowiekowi  nie tylko zdrowie ciała, ale przede wszystkim duszy.

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40) – te słowa rzucają nam, pomagającym, jasne wyzwanie. Chory psychicznie jest dziś  także tym  „najmniejszym”, w którym cierpi sam Bóg.

Śladami św. Franciszka i Brata Alberta

Prawdziwa pomoc chorym nie może kończyć się na wypisaniu recepty w pośpiechu. Obrona życia tych ludzi to walka o jakość ich codzienności. Oni nie potrzebują kolejnych wielkich instytucji – potrzebują bezpiecznych azylów. Miejsc, które swoją atmosferą przypominają ciche, zorganizowane wspólnoty oparte na miłości i prostocie.
Wzorem takiej opieki jest św. Franciszek z Asyżu. On nie uciekał przed tym, co w oczach świata było brzydkie, szalone czy trędowate. Franciszek schodził do ludzi odrzuconych, dzielił z nimi chleb, całował ich rany i uczył, że w prostocie, ciszy oraz wspólnej pracy rąk można odnaleźć najgłębszy Boży pokój. Mózg zmęczony chorobą i chemią leków desperacko potrzebuje właśnie takiego franciszkańskiego pokoju – stałego, spokojnego rytmu dnia, przewidywalności i bliskości natury.
Z kolei św. Brat Albert Chmielowski pokazał nam, jak wygląda bezkompromisowa, bezpośrednia pomoc. On nie pomagał z daleka, nie pisał tylko teoretycznych rozpraw. Zrezygnował z własnego komfortu, by „być dobrym jak chleb” – zamieszkał z najuboższymi i najbardziej poranionymi w ogrzewalniach. Brat Albert uczy nas, że aby uratować człowieka przed zatraceniem, trzeba stworzyć mu dom. Miejsce, gdzie jest czas na spokojną modlitwę, czas na pracę w kuchni czy ogrodzie i czas na twórczość, która pozwala wyrazić to, co niewyrażalne.

Ignacjańskie rozeznanie w chaosie myśli

W poszukiwaniu ratunku dla ludzkiego umysłu musimy sięgnąć także po mądrość św. Ignacego Loyoli. Ten genialny mistrz duchowości i autor Ćwiczeń duchownych doskonale rozumiał, czym jest wewnętrzna walka, chaos myśli, lęk oraz duchowe strapienie. Ignacy uczył nas, jak porządkować swoje wnętrze i jak odróżniać głosy, które budują pokój, od tych, które wprowadzają zamęt i destrukcję.
Dla osoby dotkniętej schizofrenii jej własny umysł staje się polem bitwy. Choć omamy mają podłoże biologiczne, to cierpienie z nich wynikające dotyka najgłębszych zakamarków duszy. Podejście ignacjańskie przypomina nam, że w stanie głębokiego strapienia i burzy nie podejmuje się gwałtownych decyzji. Pacjent potrzebuje wokół siebie mądrych przewodników – „towarzyszy duchowych i życiowych” – którzy pomogą mu odnaleźć stały punkt oparcia w Bogu, kiedy wszystko inne wokół się chwieje. Tworząc bezpieczny dom, dajemy chorym przestrzeń do ignacjańskiego wyciszenia, w którym z pomocą medycyny i modlitwy mogą na nowo uczyć się porządkować swój świat i odnajdywać Bożą obecność we wszystkim, co ich otacza.

Spojrzeć oczami Boga

Chorzy psychicznie to współcześni męczennicy. Ich choroba  w żaden sposób nie pomniejsza godności dziecka Bożego. Bóg nie patrzy na człowieka przez pryzmat jego diagnozy czy ograniczeń intelektualnych wywołanych lekami. Widzi czystą, nieśmiertelną duszę, która tęskni za miłością i szacunkiem.

Idąc śladami Ewangelii, św. Franciszka, Brata Alberta, św. Ignacego i innych świętych, musimy wyciągnąć do chorych, w tym do chorych na schizofrenię rękę wprost – zatrzymać się przy nich, wysluchać ich żalów, pocieszyć, że Chrystus, który więcej przecierpiał, da im ulgę. W ten sposób pocieszała chorych m.in.  błogosławiona Aniela Salawa, której czystość charakteryzowała się wielką delikatnością, skromnością opanowanym głosem,  i przede wszystkim czystością myśli i serca, i której reakcje na wszelkiego rodzaju pokusy przeciw czystości były bardzo  skuteczne- wystarczył znak krzyża wobec nastającego na nią młodego człowieka, czasami słowa modlitwy.