Czy można kupić pakiet obrazków dla dzieci za całą swoją wypłatę, a po latach otrzymać za to własne życie? W Bożym urzędzie nic nie ginie. Moje życie to łańcuch zdarzeń tak nieprawdopodobnych, że żaden scenarzysta by tego nie wymyślił. To dowód na to, że tam, gdzie człowiek stawia krzyżyk, Bóg pisze ciąg dalszy.
Chuligan pod stołem
Wszystko zaczęło się wiele lat temu w szkole, w której pracowałam. Pewnego dnia na moją lekcję wszedł chłopiec z młodszej klasy. Nie uczyłam go, ale cały szkolny korytarz wiedział, kim jest – dawał się wszystkim we znaki. Publicznie wyczytywano go jako najgorszego chuligana. Tamtego dnia wszedł do mojej sali, wpełzł pod mój stolik i za nic nie dawał się stamtąd wyciągnąć. Zamiast krzyczeć i wzywać dyrekcję, postanowiłam go zostawić. Spokojnie dokończyłam lekcję.
Po szkole poszłam do jego domu. Chłopak przemykał pod ścianami, przekonany, że przyszłam na skargę. Gdy otworzyły się drzwi, spojrzałam na jego mamę i powiedziałam prosto z serca: „Jakiego pani ma wspaniałego syna!”.
Matka zamarła. Była tak potężnie zaskoczona i zdziwiona, że nie potrafiła wykrztusić słowa. Przywykła tylko do obelg pod adresem swojego dziecka. Chłopiec, schowany gdzieś w głębi mieszkania, niewykluczone że to usłyszał. Następnego dnia stał się cud. Ten „najgorszy chuligan” przyszedł do mnie miły, grzeczny i potulny. Sytuacja pod stołem już nigdy więcej się nie powtórzyła. Zło zostało zwyciężone dobrem.
W tym samym okresie zrobiłam coś, co wielu mogło uznać za szaleństwo. Całą swoją ówczesną wypłatę wydałam na zakup różnych obrazków religijnych dla dzieci. Chciałam je po prostu rozdawać, dzielić się wiarą. Rozdałam niemal wszystkie. Został mi tylko jeden, jedyny obrazek. Na długie lata.
„Taka młoda i już do trumny”
Czas mijał. Zmieniłam miejsce zamieszkania oraz pracy i przeprowadziłam się do Piastowa. To tam dopadła mnie śmiertelna choroba. Mój organizm przez wiele miesięcy toczył wycieńczającą, dramatyczną walkę o przetrwanie. Stan był tak beznadziejny, że pierwsza lekarka prowadząca ukryła przede mną diagnozę i nazwę choroby. Bała się powiedzieć mi prawdę.
Gdy od innej lekarki dowiedziałam się, jak blisko śmierci byłam, wróciłam do tamtej pierwszej z pytaniem, dlaczego milczała. Lekarka popatrzyła na mnie, pomyślała przez chwilę i odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: „Pomyślałam sobie, że taka pani młoda i już do trumny…”. Medycyna postawiła na mnie krzyżyk.
I wtedy nastąpił kolejny Boży zwrot akcji. Nagle, w tym najtrudniejszym momencie, odwiedziła mnie dziewczyna. Okazało się, że to siostra tamtego chłopca spod stołu! Miała ze sobą fabrycznie zamknięte, nieodpieczętowane niemieckie tabletki ułatwiające oddychanie. Sama z nich wcześniej nie skorzystała, ale coś natchnęło ją, by spakować je i pokazać właśnie mnie. Wzięłam je. Po tych tabletkach mój organizm zareagował i całkowicie doszłam do siebie. Dobro, które okazałam jej bratu, wróciło do mnie w postaci ratunku dla mojego życia. Wkrótce potem ta rodzina wyprowadziła się i straciłam z nimi kontakt. To oni zostali przysłani przez Opatrzność także na tę godzinę.
Pogotowie modlitewne i 80 groszy
Uratowane życie stało się przestrzenią dla kolejnych cudów. Pewnego dnia zadzwonił do mnie mężczyzna. Chciał kupić nieruchomość, ale był załamany. Powiedział wprost, że rezygnuje, bo nie ma pieniędzy. Odpowiedziałam mu stanowczo: „Ja panu pomogę”.
On zdumiony zapytał: „Ale jak?”. Wtedy doprecyzowałam: „Pomodlę się za pana, a pan będzie miał pieniądze na zakup”. Mężczyzna bardzo w to wątpił. Rozmawiał z pozycji ludzkiej logiki, ja – z pozycji wiary. W drodze do Kościoła pomodliłam się Koronką, którą każdego dnia odmawiał Ojciec Pio – Nowenną do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Odmówiłam zaledwie początek, pierwszą część tej modlitwy, tę opierającą się na słowach: „Proście, a otrzymacie; kołaczcie, a otworzą wam”.
Następnego dnia telefon zadzwonił ponownie. W słuchawce brzmiał głos tego samego człowieka, ale całkowicie odmieniony: „Udało się!” – powiedział. Okazało się, że po naszej rozmowie dało się bardziej poznać serce jego kuzynki. Gdy usłyszała o jego sytuacji, zapałała tak nagłą chęcią pomocy, że zadeklarowała: „Dla Mariusza zrobiłabym wszystko, żeby mu pomóc”. Niewykluczone, że poszła do banku i wypłaciła dla niego oszczędności z własnej książeczki. Pieniądze się znalazły bardzo szybko.
Ale to nie był jedyny problem, który udało się rozwiązać. Przy transakcji pojawiła się urzędowa ściana. Okazało się, że na hipotece widnieje stary wpis: dług w wysokości… 80 groszy. Ta śmieszna kwota paraliżowała urzędników i sprawiała, że wszyscy poprzedni kupcy uciekali w popłochu i rezygnowali z zakupu. Kupiec był w kropce.
Wtedy wspomniałam mu o jednym, jedynym obrazku, który zachował się u mnie od czasu, gdy przed laty wydałam na nie całą wypłatę. Wyciągnęłam go. Na dole obrazka ukazującego kilka świętych osób – widniała cena: chyba 2 złote. Wręczyłam go kupującemu. Kwota na świętym obrazku w cudowny sposób, z nawiązką „przykryła” i zmazała te nieszczęsne 80 groszy długu, które blokowały ludzkie plany. Kupiec wziął go ode mnie, lęk minął, a transakcja u notariusza potoczyła się gładko. Ten obrazek stał się pomocą.
Liczy się jakość, nie ilość
Św. Ojciec Pio potrafił odmawiać dziesiątki różańców dziennie. Mi samej tylko raz w życiu udało się odmówić 20 różańców jednego dnia i wiem, jakie to pomocne.
Zaledwie pierwsza część Koronki Ojca Pio odmówiona z głęboką wiarą potrafi poruszyć niebo i ziemię, otworzyć ludzkie serca do pomocy i w kilkanaście godzin rozwiązać problem braku gotówki. A jedno dobre słowo powiedziane skrzywdzonemu dziecku potrafi po latach wrócić i wyciągnąć człowieka prosto z trumny. Warto wierzyć. Warto się modlić. Warto zawierzać wszystko Bogu. Zawierzenie Bogu to uzdrowienie. Boża matematyka nigdy się nie myli.
