Dobrze wykorzystać czas

Polecane

Chodzi o świętość

Czas ucieka, wieczność czeka. Dobry Bóg daje nam jeszcze szansę, byśmy dobrze wykorzystali czas. W związku z tym niezmiernie ważne wydają się nam dobre postanowienia i modlitwa o świętość.

Możemy wyobrazić sobie, jak postępowali święci, np. św. Ignacy Loyola. Św. Ignacy Loyola myślał sobie:

Skoro św. Dominik i św. Franciszek dokonali tak wielkich rzeczy dla Boga, dlaczego i ja nie miałbym podobnych dokonać?

I z Bożą pomocą tak się stało. Ale zanim dokonał wielkich rzeczy dla Boga, zanim został założycielem Towarzystwa Jezusowego i jednym z patronów Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, które w swej historii korzystało z duchowości ignacjańskiej, uczynił postanowienie całkowitej przynależności do Jezusa. Zerwał ze swoim grzesznym życiem. Swój rycerski strój dał żebrakowi i w jego zgrzebnej sukni pieszo poszedł do sanktuarium Matki Bożej w Montserrat, gdzie czuwał przez całą noc i otrzymał dozgonną łaskę całkowitej wolności od pokus cielesnych. Następnie udał się do Manresy, zamieszkał w szpitalu i posługiwał chorym a w wolnych chwilach oddawał się osobistej modlitwie.


Święta Siostra Faustyna w swym „Dzienniczku” dwa razy wspomina tego Świętego, gdy pisze o jego radach przy zachowaniu ślubu posłuszeństwa oraz o wizji, którą miała w 1935 roku:

„Dzień św. Ignacego. Modliłam się gorąco do tego Świętego, robiąc mu wyrzuty, jak może patrzeć na mnie, a nie przyjść mi z pomocą w tak ważnych sprawach, to jest w spełnieniu woli Bożej. Mówiłam do tego Świętego: Ty, Patronie nasz, któryś był zapalony żarem miłości i gorliwości o większą chwałę Bożą, proszę cię pokornie, dopomóż mi w spełnieniu zamiarów Bożych. Było to w czasie Mszy świętej. – Wtem ujrzałam, po lewej stronie ołtarza św. Ignacego z dużą księgą w ręku, który mi rzekł te słowa: «Córko moja, nie jestem obojętny na sprawę twoją, reguła ta da się zastosować i w tym Zgromadzeniu». Wskazując ręką na księgę, znikł. Ucieszyłam się niezmiernie tym, jak bardzo święci o nas myślą i jak ścisła łączność jest z nimi. O dobroci Boża, jak piękny jest świat wewnętrzny, że już tu na ziemi obcujemy ze świętymi. Cały dzień odczuwałam bliskość tego drogiego mi Patrona.

Także Święty Franciszek z Asyżu, zanim został świętym przeżył głębokie nawrócenie. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Dla Świętego Franciszka z Asyżu Ewangelia była słowem skierowanym do niego przez Chrystusa. Jego odpowiedzią były starania, aby jak najlepiej realizować je w swoim życiu. Pisze o tym M. J. Cygan: „Franciszek naśladował Chrystusa w sposób najdoskonalszy w całym jego życiu i dzięki temu stał się Jego wiernym wizerunkiem. Odpowiadając, jak najwierniej na wezwanie Ewangelii, osiągnął stopień doskonałego oderwania się od świata i stał się miłośnikiem Zbawiciela Ukrzyżowanego. /…/ Postawa życiowa Franciszka to duch seraficki, obejmujący wszystkie cnoty ewangeliczne praktykowane w stopniu heroicznym” /cyt. za: M. Cygan, Św. Franciszek z Asyżu w pismach Honorata Koźmińskiego, w: SF t. 2, dz. cyt., s. 96/.

Święty Franciszek z Asyżu żył według Ewangelii. Ewangelia stała się formą jego życia. Odegrała decydującą rolę w procesie kształtowania oraz realizowania powołania.

Po swoim nawróceniu św. Franciszek przyciągnął innych do tej formy dążenia ku doskonałości ewangelicznej. Powstała więc reguła, którą Zakonodawca nazywał rdzeniem Ewangelii, drogą doskonałości.

Św. Franciszek poznawał teksty natchnione głównie z liturgii i ksiąg liturgicznych, które ze względu na fragmentaryczność przybierały formę nakazów. Traktował je jako konkretne polecenia, skierowane przez Boga do słuchających słów Pańskich. Takie miał podejście do Ewangelii, które przybierało niemalże formę systemu zasad postępowania, który należy dosłownie realizować swoim życiem.

O takim traktowaniu Ewangelii mogą świadczyć przykłady odczytywania woli Bożej z kart Pisma św. o stygmatyzacji, czy śmierci Franciszka.

Św. Franciszek naśladował Jezusa pokornego i ubogiego. Dla wielu jego naśladowców był to i jest program ich życia.

W związku ze skutecznością modlitw do świętych, np. do św. Ignacego Loyoli przytoczę poniżej przykład.
Ignacy Loyola znany jest również z tego, że jest patronem matek w błogosławionym stanie. Znany był również pewnej kobiecie, która nosiła pod swoim serduszkiem dzieciątko i codziennie przez dziewięć miesięcy modliła się do Niego o szczęśliwe rozwiązanie. I urodziła syna. Jakaż była zdziwiona, gdy po wielu latach przyjechała do syna w odwiedziny do zakonu i zobaczyła obraz wiszący na ścianie ukazujący postać św. Ignacego Loyoli. Zdziwiona zapytała go: Co robi tutaj ten święty patron od matek w błogosławionym stanie. Ja się do niego codziennie modliłam… Syn odpowiedział: To jest nasz założyciel.

Św. Franciszkiem zachwycona byłam już w młodości. Planowałam, ze jeśli będę matką to mój syn będzie miał na imię Franciszek.
Pewnego dnia otrzymałam od księdza obrazek ukazujacy św. Franciszka i odczułam więź ze św. Franciszkiem. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Wymodlił dla mnie powołanie do trzeciego zakonu.

Myśląc o świętości nie mogę pominąć Najświętszej Maryji i św. Józefa. W związku z tym polecam modlitwę: Św. Maryjo i św. Józefie, kocham Was, ratujcie dusze.

Co się tyczy pokoju w ojczyźnie i na świecie polecam modlitwę Pod Twoją obronę. Zanim wybuchła druga wojna światowa, Elżbieta Sabina Strękowska jako kilkunastoletnie dziecko usłyszała od Maryji we śnie, żeby powiedzieć ludziom, że idzie wojna, i żeby ludzie odmawiali modlitwę Pod Twoją obronę.
Elżbieta powiadomiła ludzi, ale trudno im było uwierzyć. I nawet wówczas, gdy za kilka dni zaczęła się strzelanina, to mówili, że to manewry. A jednak rozpoczęła się druga wojna światowa. Elżbieta ją przeżyła. Za jakiś czas wyszła za mąż i urodziła pięcioro dzieci, a ja jestem czwartym jej dzieckiem, bardzo wdzięcznym Bogu za jej piękne życie.


Na zdjęciu: Elżbieta Sabina Wilkowojska(z domu Strękowska).

Być na cały etat

Polecane

„Nie mozemy być chrześcijanami na pół etatu. Jeśli Chrystus jest w centrum naszego życia, to będzie On obecny we wszystkim, co czynimy”. Papież Franciszek
Kiedy Bóg jest w naszym życiu na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na właściwym miejscu. W związku z tym potrzebna jest nam znajomość Pisma Świętego, aby Chrystus był w centrum naszego życia. Jeden ze świętych – św. Hieronim – powiedział, że nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomoscią Chrystusa.
Potrzebne są nam również katechezy, formacja duchowa we wspólnotach, korzystanie z sakramentów świętych, pełne uczestnictwo w Eucharystii. Eucharystia jest źródłem i szczytem życia chrześcijanskiego.

Boża matematyka. Jak jedno dobre słowo uratowało mi życie.

Czy można kupić pakiet obrazków dla dzieci za całą swoją wypłatę, a po latach otrzymać za to własne życie? W Bożym urzędzie nic nie ginie. Moje życie to łańcuch zdarzeń tak nieprawdopodobnych, że żaden scenarzysta by tego nie wymyślił. To dowód na to, że tam, gdzie człowiek stawia krzyżyk, Bóg pisze ciąg dalszy.

Chuligan pod stołem

Wszystko zaczęło się wiele lat temu w szkole, w której pracowałam. Pewnego dnia na moją lekcję wszedł chłopiec z młodszej klasy. Nie uczyłam go, ale cały szkolny korytarz wiedział, kim jest – dawał się wszystkim we znaki. Publicznie wyczytywano go jako najgorszego chuligana. Tamtego dnia wszedł do mojej sali, wpełzł pod mój stolik i za nic nie dawał się stamtąd wyciągnąć. Zamiast krzyczeć i wzywać dyrekcję, postanowiłam go zostawić. Spokojnie dokończyłam lekcję.
Po szkole poszłam do jego domu. Chłopak przemykał pod ścianami, przekonany, że przyszłam na skargę. Gdy otworzyły się drzwi, spojrzałam na jego mamę i powiedziałam prosto z serca: „Jakiego pani ma wspaniałego syna!”.
Matka zamarła. Była tak potężnie zaskoczona i zdziwiona, że nie potrafiła wykrztusić słowa. Przywykła tylko do obelg pod adresem swojego dziecka. Chłopiec, schowany gdzieś w głębi mieszkania, niewykluczone że to usłyszał. Następnego dnia stał się cud. Ten „najgorszy chuligan” przyszedł do mnie miły, grzeczny i potulny. Sytuacja pod stołem już nigdy więcej się nie powtórzyła. Zło zostało zwyciężone dobrem.
W tym samym okresie zrobiłam coś, co wielu mogło uznać za szaleństwo. Całą swoją ówczesną wypłatę wydałam na zakup różnych obrazków religijnych dla dzieci. Chciałam je po prostu rozdawać, dzielić się wiarą. Rozdałam niemal wszystkie. Został mi tylko jeden, jedyny obrazek. Na długie lata.

„Taka młoda i już do trumny”

Czas mijał. Zmieniłam miejsce zamieszkania oraz pracy i przeprowadziłam się do Piastowa. To tam dopadła mnie śmiertelna choroba. Mój organizm przez wiele miesięcy toczył wycieńczającą, dramatyczną walkę o przetrwanie. Stan był tak beznadziejny, że pierwsza lekarka prowadząca ukryła przede mną diagnozę i nazwę choroby. Bała się powiedzieć mi prawdę.
Gdy od innej lekarki dowiedziałam się, jak blisko śmierci byłam, wróciłam do tamtej pierwszej z pytaniem, dlaczego milczała. Lekarka popatrzyła na mnie, pomyślała przez chwilę i odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: „Pomyślałam sobie, że taka pani młoda i już do trumny…”. Medycyna postawiła na mnie krzyżyk.
I wtedy nastąpił kolejny Boży zwrot akcji. Nagle, w tym najtrudniejszym momencie, odwiedziła mnie dziewczyna. Okazało się, że to siostra tamtego chłopca spod stołu! Miała ze sobą fabrycznie zamknięte, nieodpieczętowane niemieckie tabletki ułatwiające oddychanie. Sama z nich wcześniej nie skorzystała, ale coś natchnęło ją, by spakować je i pokazać właśnie mnie. Wzięłam je. Po tych tabletkach mój organizm zareagował i całkowicie doszłam do siebie. Dobro, które okazałam jej bratu, wróciło do mnie w postaci ratunku dla mojego  życia. Wkrótce potem ta rodzina wyprowadziła się i straciłam z nimi kontakt. To oni zostali przysłani przez Opatrzność także na tę  godzinę.

Pogotowie modlitewne i 80 groszy

Uratowane życie stało się przestrzenią dla kolejnych cudów. Pewnego dnia zadzwonił do mnie mężczyzna. Chciał kupić nieruchomość, ale był załamany. Powiedział wprost, że rezygnuje, bo nie ma pieniędzy. Odpowiedziałam mu stanowczo: „Ja panu pomogę”.
On zdumiony zapytał: „Ale jak?”. Wtedy doprecyzowałam: „Pomodlę się za pana, a pan będzie miał pieniądze na zakup”. Mężczyzna bardzo w to wątpił. Rozmawiał z pozycji ludzkiej logiki, ja – z pozycji wiary. W drodze do Kościoła pomodliłam się Koronką, którą każdego dnia odmawiał  Ojciec Pio – Nowenną do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Odmówiłam zaledwie początek, pierwszą część tej modlitwy, tę opierającą się na słowach: „Proście, a otrzymacie; kołaczcie, a otworzą wam”.
Następnego dnia telefon zadzwonił ponownie. W słuchawce brzmiał głos tego samego człowieka, ale całkowicie odmieniony: „Udało się!” – powiedział. Okazało się, że po naszej rozmowie dało się bardziej poznać  serce jego kuzynki. Gdy usłyszała o jego sytuacji, zapałała tak nagłą chęcią pomocy, że zadeklarowała: „Dla Mariusza zrobiłabym wszystko, żeby mu pomóc”. Niewykluczone, że poszła do banku i wypłaciła dla niego oszczędności z własnej książeczki. Pieniądze się znalazły bardzo szybko.
Ale  to nie był jedyny problem, który udało się rozwiązać.  Przy  transakcji  pojawiła się urzędowa ściana. Okazało się, że na hipotece widnieje stary wpis: dług w wysokości… 80 groszy. Ta śmieszna kwota paraliżowała urzędników i sprawiała, że wszyscy poprzedni kupcy uciekali w popłochu i rezygnowali z zakupu. Kupiec był w kropce.
Wtedy wspomniałam mu  o  jednym, jedynym obrazku, który zachował się u mnie od czasu, gdy przed laty wydałam na nie całą wypłatę. Wyciągnęłam go. Na dole obrazka ukazującego kilka świętych osób – widniała cena: chyba 2 złote. Wręczyłam go kupującemu. Kwota na świętym obrazku w cudowny sposób, z nawiązką „przykryła” i zmazała te nieszczęsne 80 groszy długu, które blokowały ludzkie plany. Kupiec wziął go ode mnie, lęk minął, a transakcja u notariusza potoczyła się gładko. Ten obrazek stał się pomocą.

Liczy się jakość, nie ilość

Św. Ojciec Pio potrafił odmawiać dziesiątki różańców dziennie. Mi samej tylko raz w życiu udało się odmówić 20 różańców jednego dnia i wiem, jakie to pomocne.
Zaledwie pierwsza część Koronki Ojca Pio odmówiona z głęboką wiarą potrafi poruszyć niebo i ziemię, otworzyć ludzkie serca do pomocy i w kilkanaście godzin rozwiązać problem braku gotówki. A jedno dobre słowo powiedziane skrzywdzonemu dziecku potrafi po latach wrócić i wyciągnąć człowieka prosto z trumny. Warto wierzyć. Warto się modlić. Warto zawierzać wszystko Bogu. Zawierzenie Bogu to uzdrowienie. Boża matematyka nigdy się nie myli.

W cieniu choroby

Gdy pytają mnie, dlaczego to właśnie osoby chore, w tym zmagające się ze schizofrenią, stały się celem moich  zainteresowań i chęci niesienia pomocy, moja odpowiedź kryje się w historii mojego życia. Od młodości   bardzo interesowałam się medycyną. Fascynowała mnie możliwość ratowania ludzkiego zdrowia. Kiedy jednak przyszedł czas wyboru życiowej drogi, moje serce mocniej zabiło dla innego powołania – wybrałam studia teologiczne, decydując się pójść tą ścieżką z miłości do Pana Jezusa. Te   dwie pasje nigdy we mnie nie walczyły, ale się dopełniły. Teologia nauczyła mnie patrzeć na człowieka tak, jak patrzy na niego Chrystus – nie tylko na jego biologiczne ciało, ale na jego cierpiącą duszę. To dlatego dzisiaj mój wzrok kieruje się między innymi  ku chorym psychicznie. To w nich, na styku medycznej bezradności i duchowego dramatu, widzę najbardziej umęczone dzieci Boże zasługujące na obronę ich życia.

Co oznacza hasło „obrona życia” w XXI wieku?

Każde życie ma wartość i sens,  a więc  od poczęcia do naturalnej śmierci. Rzadko jednak kierujemy wzrok w stronę tych, których codzienne życie toczy się za zamkniętymi drzwiami oddziałów psychiatrycznych lub w czterech ścianach samotnych, zapomnianych mieszkań. Osoby przewlekle chore psychicznie, a zwłaszcza zmagające się ze schizofrenią, to jedna z najbardziej wykluczonych grup na świecie. Dziś, w dobie nowoczesnej medycyny, stają oni przed tragicznym, nieludzkim wyborem: cierpieć z powodu przerażających głosów we własnej głowie albo przyjąć ratunek, który niesie za sobą ogromną cenę – otępienie, utratę energii, a czasem utratę własnej tożsamości.

Więcej niż diagnoza – lekcja Ewangelii

W tradycyjnym systemie medycznym pacjent bywa traktowany jak biologiczna maszyna, w której zepsuły się neuroprzekaźniki. Cel leczenia bywa bezduszny: wyciszyć, uspokoić, sprawić, by chory „nie sprawiał problemów”. Leki przeciwpsychotyczne są niezbędną tarczą ochronną – bez nich mózg w stanie psychozy płonie lękiem. Jednak dawkowanie ich bez miłości i bez zrozumienia ludzkiej duszy zamienia człowieka w bolesny cień samego siebie. Wielu chorych wolałoby cierpieć, byle tylko zachować swoją tożsamość, pamięć.. Człowiek to przecież nie tylko ciało i receptory dopaminowe. To przede wszystkim dziecko,  stworzone  na obraz i podobieństwo Boże, w którym jest  tchnienie od Boga. Tak postrzegał człowieka ś.p. Kardynał Stefan Wyszyński zwracając się do ludzi: „Umiłowane dzieci Boże”.  Są to więc dzieci, które mają swoją tożsamość, wolną wolę i serce stworzone do relacji z  Bogiem a w Bogu z drugim człowiekiem. Chrystus w Ewangelii nigdy nie uzdrawiał w sposób taśmowy ani bezduszny.  Przywracał człowiekowi  nie tylko zdrowie ciała, ale przede wszystkim duszy.

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40) – te słowa rzucają nam, pomagającym, jasne wyzwanie. Chory psychicznie jest dziś  także tym  „najmniejszym”, w którym cierpi sam Bóg.

Śladami św. Franciszka i Brata Alberta

Prawdziwa pomoc chorym nie może kończyć się na wypisaniu recepty w pośpiechu. Obrona życia tych ludzi to walka o jakość ich codzienności. Oni nie potrzebują kolejnych wielkich instytucji – potrzebują bezpiecznych azylów. Miejsc, które swoją atmosferą przypominają ciche, zorganizowane wspólnoty oparte na miłości i prostocie.
Wzorem takiej opieki jest św. Franciszek z Asyżu. On nie uciekał przed tym, co w oczach świata było brzydkie, szalone czy trędowate. Franciszek schodził do ludzi odrzuconych, dzielił z nimi chleb, całował ich rany i uczył, że w prostocie, ciszy oraz wspólnej pracy rąk można odnaleźć najgłębszy Boży pokój. Mózg zmęczony chorobą i chemią leków desperacko potrzebuje właśnie takiego franciszkańskiego pokoju – stałego, spokojnego rytmu dnia, przewidywalności i bliskości natury.
Z kolei św. Brat Albert Chmielowski pokazał nam, jak wygląda bezkompromisowa, bezpośrednia pomoc. On nie pomagał z daleka, nie pisał tylko teoretycznych rozpraw. Zrezygnował z własnego komfortu, by „być dobrym jak chleb” – zamieszkał z najuboższymi i najbardziej poranionymi w ogrzewalniach. Brat Albert uczy nas, że aby uratować człowieka przed zatraceniem, trzeba stworzyć mu dom. Miejsce, gdzie jest czas na spokojną modlitwę, czas na pracę w kuchni czy ogrodzie i czas na twórczość, która pozwala wyrazić to, co niewyrażalne.

Ignacjańskie rozeznanie w chaosie myśli

W poszukiwaniu ratunku dla ludzkiego umysłu musimy sięgnąć także po mądrość św. Ignacego Loyoli. Ten genialny mistrz duchowości i autor Ćwiczeń duchownych doskonale rozumiał, czym jest wewnętrzna walka, chaos myśli, lęk oraz duchowe strapienie. Ignacy uczył nas, jak porządkować swoje wnętrze i jak odróżniać głosy, które budują pokój, od tych, które wprowadzają zamęt i destrukcję.
Dla osoby dotkniętej schizofrenii jej własny umysł staje się polem bitwy. Choć omamy mają podłoże biologiczne, to cierpienie z nich wynikające dotyka najgłębszych zakamarków duszy. Podejście ignacjańskie przypomina nam, że w stanie głębokiego strapienia i burzy nie podejmuje się gwałtownych decyzji. Pacjent potrzebuje wokół siebie mądrych przewodników – „towarzyszy duchowych i życiowych” – którzy pomogą mu odnaleźć stały punkt oparcia w Bogu, kiedy wszystko inne wokół się chwieje. Tworząc bezpieczny dom, dajemy chorym przestrzeń do ignacjańskiego wyciszenia, w którym z pomocą medycyny i modlitwy mogą na nowo uczyć się porządkować swój świat i odnajdywać Bożą obecność we wszystkim, co ich otacza.

Spojrzeć oczami Boga

Chorzy psychicznie to współcześni męczennicy. Ich choroba  w żaden sposób nie pomniejsza godności dziecka Bożego. Bóg nie patrzy na człowieka przez pryzmat jego diagnozy czy ograniczeń intelektualnych wywołanych lekami. Widzi czystą, nieśmiertelną duszę, która tęskni za miłością i szacunkiem.

Idąc śladami Ewangelii, św. Franciszka, Brata Alberta, św. Ignacego i innych świętych, musimy wyciągnąć do chorych, w tym do chorych na schizofrenię rękę wprost – zatrzymać się przy nich, wysluchać ich żalów, pocieszyć, że Chrystus, który więcej przecierpiał, da im ulgę. W ten sposób pocieszała chorych m.in.  błogosławiona Aniela Salawa, której czystość charakteryzowała się wielką delikatnością, skromnością opanowanym głosem,  i przede wszystkim czystością myśli i serca, i której reakcje na wszelkiego rodzaju pokusy przeciw czystości były bardzo  skuteczne- wystarczył znak krzyża wobec nastającego na nią młodego człowieka, czasami słowa modlitwy.

​O odpowiedzialności za drugiego człowieka.

​Często w grupach używamy tego samego języka, a jednak wpadamy w pułapkę nieporozumienia. Choć posługujemy się tymi samymi słowami, nasze interpretacje, intencje i oczekiwania bywają odmienne. Wynika to z faktu, że każdy z nas interpretuje rzeczywistość przez pryzmat własnych doświadczeń. Kiedy lider przekazuje zadanie, a członek wspólnoty je przyjmuje, obaj mogą zakładać, że rozumieją je w ten sam sposób. Jeśli jednak brakuje wspólnego klucza – czyli jasno określonej definicji oczekiwań – zadanie to staje się polem do różnych interpretacji. Dla jednej osoby „opieka nad chorymi” oznacza określone działania, dla drugiej – inne podejście. To nieporozumienie ma znaczenie, ponieważ wpływa na sposób, w jaki grupa odpowiada na realne potrzeby.

​Część I: Perspektywa działań we wspólnocie (Studium przypadku)

​Wyobraźmy sobie sytuację we wspólnocie. Jest tam człowiek, któremu szef ustnie przekazał funkcję zajmowania się chorymi. Ów człowiek, nazwijmy go Henryk, w prywatnych rozmowach twierdził, że ta relacja miała charakter nieformalny. Przed świętami Henryk wysyłał życzenia do chorych. Trudno jednoznacznie ocenić zakres jego działań – czy był on adekwatny do sytuacji, czy też można było zrobić więcej. Faktem jest jednak, że po ponad pół roku okazało się, iż jeden z członków wspólnoty zmarł, a liderzy dowiadują się o tym z opóźnieniem.

​„Prawda ma tę właściwość, że gdy jest głoszona, niepokoi, ale gdy jest przyjęta, wyzwala”. – Kardynał Stefan Wyszyński.

 

​Zgłoszenie tego problemu odsłania lukę w przepływie informacji. Pół roku to okres, w którym brak kontaktu z jednym z członków grupy stał się faktem.

​Część II: Przebieg działań w opiece nad chorymi

​Co w sytuacji, gdy na początku ktoś inny (kobieta) z własnej inicjatywy zajął się chorymi, przygotował  szablon kontaktów, ale szef oznajmił, że przekazał już tę funkcję komuś innemu (mężczyźnie)? Kobieta wycofała się, przekazując nowej osobie gotowy szablon pracy. W tym miejscu warto przywołać trzy różne podejścia, które mogą pomóc w refleksji:

  • Postawa św. Franciszka z Asyżu: Uczy nas ona, że troska o bliźniego to bezpośrednie spotkanie. Dla Franciszka miłość jest obecnością, która spontanicznie odpowiada na potrzebę drugiego człowieka, nie szukając usprawiedliwień w formalnych ramach czy strukturach.
  • Postawa św. Ignacego Loyoli: Podkreśla znaczenie rozeznawania i odpowiedzialnego podejmowania decyzji. Ignacjański klucz do działania opiera się na sumiennym szukaniu „większego dobra” oraz świadomym rozeznawaniu intencji, które nie powinny kierować się podziałami na to, co formalne, a co nieformalne.
  • Postawa św. Anieli Salawy: Jako tercjarka franciszkańska, św. Aniela pokazuje, że autentyczna służba bliźniemu rodzi się z pokory i wytrwałości. Jej życie to dowód na to, że prawdziwa troska o potrzebujących, zwłaszcza chorych, nie wymaga wielkich słów, lecz zależy od głębi osobistej więzi z Panem Jezusem, która prowadzi do cichej i wiernej obecności przy cierpiącym.

​Te duchowe wzorce mogą być cennym punktem wyjścia do oceny, jak wspólnoty odpowiadają na realne wyzwania. Gdy zaangażowana osoba wycofuje się po decyzji lidera, sytuacja staje się otwarta do interpretacji przez pryzmat tych postaw.

​„Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi”. – Kardynał Stefan Wyszyński.

 

​Podsumowanie: Ewangeliczny kompas i Sąd Ostateczny

​Wnioski z tej historii pozostają otwarte. W opiece nad drugim człowiekiem kluczowe znaczenie ma odpowiedzialność, która wykracza poza ramy doczesnych struktur. Nieważne, czy relacja była określona jako formalna, czy nieformalna – w obliczu drugiego człowieka to rozróżnienie staje się drugorzędne. Musimy spieszyć się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą. W Ewangelii według św. Mateusza czytamy: „Po ich owocach poznacie ich” (Mt 7, 16). Ta zasada nabiera szczególnej wagi w świetle nauki o Sądzie Ostatecznym. Chrystus wskazuje wówczas, że to, co uczyniliśmy „jednemu z tych braci moich najmniejszych”, uczyniliśmy Jemu samemu (Mt 25, 40). Ostateczny rachunek naszych działań nie będzie opierał się na deklaracjach, zajmowanych funkcjach czy typie zawartej relacji, ale na realnej miłości okazanej drugiemu człowiekowi w jego potrzebie.

​„Ludzie mówią: 'czas to pieniądz’. Ja mówię inaczej: 'czas to miłość’. Pieniądz jest znikomy, a miłość trwa”. – Kardynał Stefan Wyszyński.

 

​Ocena działań liderów oraz osób zaangażowanych w opiekę pozostaje kwestią otwartą dla czytelnika, który może samodzielnie zestawić fakty z wartościami, jakimi powinna kierować się wspólnota w perspektywie wieczności. Dzielę się tą refleksją otwarcie, z życzliwością dla wszystkich zaangażowanych, ponieważ ufam, że każda trudność, przed którą stajemy, jest dla nas zaproszeniem do głębszej miłości i lepszej troski o siebie nawzajem.

Iluzja samowystarczalności. Dlaczego sologamia to rozszczepienie ludzkiej natury

 

​Współczesny świat błędnie uczy, że granicą wolności jest wyłącznie nasza wyobraźnia, a najwyższą cnotą stało się zaspokajanie własnego ego. Jednym z najbardziej jaskrawych i niepokojących owoców tej ideologii jest sologamia – zjawisko polegające na symbolicznym zawieraniu małżeństwa z samym sobą. Choć oficjalne instytucje naukowe i laicka psychiatria umywają od tego ręce, traktując to jako „ekscentryczny wybór życiowy”, rzeczywistość jest o wiele bardziej ponura. Sologamia to nic innego jak głębokie zniekształcenie rzeczywistości, pozbawione logicznego myślenia i sensu.

​Wielu ludzi zadaje sobie pytanie: jak to możliwe, że systemy medyczne nie widzą w tym zachowaniu ewidentnego odchylenia od normy? Współczesna psychiatria, unikając trudnych pytań o istotę ludzkiej natury, stworzyła bardzo wąskie, techniczne definicje. O ile bada ona mechaniczne uszkodzenia mózgu, o tyle w przypadku sologamii całkowicie ignoruje stan umysłu, w którym – w mojej ocenie – mamy do czynienia z klinicznym wyparciem rzeczywistości, a nie tylko z ekscentrycznym wyborem. Dla laickich urzędników medycznych człowiek ma prawo trwać w tym iluzorycznym stanie, dopóki sprawnie posługuje się językiem i płaci podatki.

​Jednak udawanie, że sologamia to norma, jest błędem. Z perspektywy integralności człowieka, gdzie ciało i dusza powinny być zjednoczone z umysłem, sologamia reprezentuje specyficzny rodzaj egzystencjalnego rozszczepienia. To zniekształcenie rzeczywistości posunięte do tego stopnia, że człowiek organizuje całą mistyfikację ślubną, stojąc przed lustrem w samotności. To zanieczyszczenie umysłu, które bywa groźniejsze niż biologiczne urojenie – chory na schizofrenię nie wybiera bowiem swojej choroby, podczas gdy osoba celebrująca sologamię dobrowolnie i świadomie wkracza w świat iluzji.

​Nawet najprostsze stworzenia na Ziemi bezkompromisowo weryfikują ten ludzki wymysł. W świecie przyrody nie spotkamy zwierzęcia, które marnowałoby energię na rytuały skupione wyłącznie wokół siebie. Zwierzęta łączą się w pary, współpracują, dbają o przetrwanie gatunku i realizują odwieczny porządek biologiczny.

​Człowiek – jako korona stworzenia, obdarzony rozumem i wolną wolą – nie powinien być gorszy od zwierząt. Został powołany do czegoś znacznie wyższego niż ślepy instynkt, tymczasem sologamia sprowadza go poniżej poziomu naturalnego porządku. Pokazuje to tragiczny paradoks: ludzka inteligencja oderwana od prawdy potrafi wygenerować absurd, jakiego próżno szukać w całym uniwersum przyrody.

​Najważniejsza prawda o człowieku przypomina, że  człowiek otrzymał tchnienie od Boga. Bóg powołał  go do życia na swój obraz i podobieństwo, a ostatecznym celem jego ziemskiej wędrówki jest niebo. Droga do tego celu nigdy nie wiedzie poprzez życie w pojedynkę, w izolacji, ale w grupie, we wspólnocie Kościoła, ponieważ Zmartwychwstały Chrystus uobecnia się pośród uczniów zgromadzonych w Jego imię.

Gdy wierzymy, można to dostrzec. Szczęście chrześcijanina świadczy o Jego spotkaniu z Chrystusem, który wspiera go w jego misji i posłudze.

Nie ma jednak życia na ziemi  bez cierpienia, które choć samo w sobie jest złem – może zostać przepełnione sensem, jeśli zostanie zjednoczone z miłością i ofiarą Chrystusa, a ucieczka przed wyzwaniami, jakie niesie związek z drugim człowiekiem, wprowadza do ludzkiej egzystencji głęboką dezorganizację i wywołuje zgorszenie.

​U podstaw sologamii leży mechanizm duchowy – to stan umysłu będący pod wpływem demona kłamstwa. To uleganie pokusie pychy, która wmawia człowiekowi, że jest całkowicie samowystarczalny. W tym jednoosobowym rytuale dochodzi do wywrócenia Bożego porządku: pierwsze przykazanie zostaje podeptane, bliźni staje się zbędny, a własne „ja” zostaje postawione na ołtarzu jako bożek, któremu składa się przysięgi.

​Sologamia jest ostatecznym dowodem na to, do jak wielkiej pustki prowadzi kultura skupienia na sobie zamiast na Bogu, który jest źródłem wszelkiego dobra, bez którego nic nie możemy uczynić. Prawdziwy sens  życia – jak wyraził się papież Leon XIV- „polega na  odwzajemnieniu  bezwarunkowej  miłości Boga oraz otwarciu  się  całym sercem  na Jego wezwanie.  Sens  i pełnię życia odnajduje się w wierze – poprzez życie zgodne z Ewangelią, angażowanie się w budowanie dobra i odpowiadanie na Bożą miłość”.

 Zamknięcie się we własnym egoizmie to ślepa uliczka, która oddala od prawdy, natury i zbawienia.

Zdrowie jako dar, nie towar: powrót do Bożego porządku i naturalnego ładu

​Współczesny świat próbuje narzucić przekonanie, że zdrowie jest efektem zaawansowanych procedur medycznych i nieustannych interwencji farmaceutycznych. Pamiętam, jak będąc jeszcze w piątej klasie, dowiedziałam się, że do szkoły ma przyjść osoba, która będzie szczepić dzieci. Nie było w tym żadnego wahania – poczułam stanowczą niechęć do przyjęcia tego preparatu, co skłoniło mnie do opuszczenia szkoły i wcześniejszego powrotu do domu. I pamiętam to wyraźnie: mimo że nie przyjęłam tego, co narzucał system, nie zachorowałam. Dzisiaj, patrząc na to z perspektywy czasu, zadaję fundamentalne pytanie: czy to, co nazywamy postępem, rzeczywiście służy człowiekowi, który otrzymał tchnienie od Boga, czy też żyjemy w rzeczywistości, w której życie traktuje się jak towar? Warto zapytać: który z producentów, zanim wprowadził na rynek swoje preparaty, przemodlił ten proces? Gdzie szukać śladów troski o Boży porządek w laboratoriach, które zamiast chronić życie, coraz częściej je uprzedmiotawiają?

​Prawdziwa troska o zdrowie dzieci powinna zaczynać się nie w hurtowniach farmaceutycznych, lecz u podstaw – w uznaniu, że życie jest Bożym darem, a człowiek posiada moc od Boga, która czyni go zdolnym do zachowania pełni zdrowia w zgodzie z Jego planem. Wiara nie tylko porządkuje nasze myślenie i daje umysłowi jasność, ale jest potężnym źródłem siły, która chroni nas przed lękiem i manipulacją. Tymczasem system narusza ten Boży porząddek, faszerując organizmy chemicznymi substancjami. Często słyszymy zapewnienia o rzadkości skutków ubocznych, jednak statystyka ta wygląda tak, jakby była wykreowana tylko po to, by uciszyć sumienia. W rzeczywistości, biorąc pod uwagę, że niemal wszystko, co przeżywamy, ma wpływ na nasze zdrowie, skutki tych interwencji są wszechobecne, a nie sporadyczne. Widzimy dziś, jak drastycznie spada stan zdrowia dzieci i młodzieży – obserwujemy plagę alergii, zaburzeń odporności, osłabienie układu nerwowego, trudności w koncentracji czy nieodwracalne zmiany w funkcjonowaniu psychofizycznym. To bolesny dowód na to, że systemowe interwencje nie służą ich dobru, lecz traktują je przedmiotowo, ignorując ich naturalny, Boży potencjał.

Klucz do zmiany leży w odważnym powrocie do wiary w Boga i szacunku do Jego dzieła. Zamiast ogromnych nakładów finansowych na systemy, które budzą tak wiele uzasadnionych wątpliwości, należałoby zainwestować w realne wsparcie dla rodzin, które pozwoli im pielęgnować życie w zdrowiu i spokoju ducha. System, który nie walczy z prawdą, ale walczy o prawdę, byłby prawdziwym wyrazem troski o ludzkość. Każde życie ma godność, która nie powinna być traktowana jako surowiec dla przemysłowych interesów. Prawdziwa wolność to nie samowola pod wpływem bezbożnej ideologii prowadzącej do piekła, ale życie zgodnie z Bożymi przykazaniami, w relacji z Bogiem, który jest źródłem wszelkiego dobra. Innymi słowy – kroczenie drogami zbawienia prowadzącymi do Nieba, które jest celem naszego życia. Czas najwyższy zaufać Stwórcy, w którego mocy odnajdujemy prawdziwe zdrowie i ochronę.

Tatusiu, święć się Imię Twoje.

Dzisiaj  zacznę od zdania zawartego w Modlitwie Pańskiej: Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się Imię Twoje. To zdanie jest dla mnie ogromnie ważne, gdyż dotyczy mojego powołania, po co jestem na tym świecie.

Dobry Bóg przemówił do mnie we śnie i powiedział najpierw kim jest, że jest Bogiem Abrahama, Mojżesza, Izaaka Jakuba, a potem,  że   wie, że nie chcę tu być, ale On chce, abym tu była i mówiła ludziom: Tatusiu święć się Imię Twoje.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Abba znaczy w języku aramejskim Tatuś, ale znałam np. piosenkę Abba Ojcze, a po wielu latach, już we Franciszkańskim Zakonie Świeckich  poznałam Wykład Modlitwy Ojcze nasz św. Franciszka z Asyżu, a w tym wykładzie słowa: Święć się Imię Twoje (por. Mt 6,9): niech zajaśnieje w nas poznanie Ciebie, abyśmy poznali, jaka jest szerokość Twoich dobrodziejstw, długość Twoich obietnic, wysokość majestatu i głębokość sądów ( Por Ef 3,18).

Jak wynika z tego wykładu Św. Franciszek nie nazywa  Boga  Tatusiem, ale  nazywa Go np. błogosławiona Aniela Salawa w swoim Dzienniczku, o czym dowiedziałam się już będąc we Franciszkańskim Zakonie Świeckich.

Święć się Imię Twoje! Co oznacza to w praktyce? Aby być dobrym przykładem.

Niewdzięczni i ślepi nie widzą dobrodziejstw Ducha Świętego! Ludzie na poziomie  cielesnym i światowym ani nie poznają Ducha Świętego, ani nie wiedzą o Nim, ponieważ zaślepiła ich złość. Znają Go natomiast Ci, którzy wyznają: 'O, jak dobry i słodki  jest, Panie, Duch Twój we wszystkim’ ( Wg Wulgaty Mdr 12,1).

Jacy ludzie stają się godnymi otrzymania siedmiu darów, czyli promieni, którzy hojnie są udzielane wiernym. Dionizy w dziele „De fivinis minibus”, tak wyjaśnia: ” Bóstwo jest niewypowiedzianie dobre i rozlewa swą dobroć na wszystkie stworzenia. Pod tym względem pewne podobieństwo widoczne jest w działaniu słońca, które bez uprzedniego wyboru. samo przez się, pod wpływem zasadniczej własności swojej natury oświetla wokoło wszystkie rzeczy, zdolne do odbioru jego światła i zwrócone ku niemu. a czyni to stosownie do możliwości każdej z nich. Podobnie również, chociaż nieporównanie hojniej, dobroć Boża rozlewa wewnętrzną siłą swojej natury blaski swojej niewyczerpanej dobroci na słońce, jak i na człowieka, jako swój obraz.Czyni to nie mniej hojnie w stosunku do obrazu ciemnego niż jasnego, w stosunku do człowieka niewidzącego, niż do widzącego, jak to gdzie indziej zostanie objaśnione. Dzięki tej niewyczerpanej dobroci istnieje, żyje i działa każde stworzenie stosownie do swojego miejsca w świecie. Dlatego też Duchu Święty, pod wpływem swej niewypowiedzianej hojności, obficie zlewa na wszystkich promienie swych darów, które wprawdzie pochodzą z jednego źródła, ale okazują się różnymi w poszczególnych przypadkach, stosownie do zdolności przyjęcia przez poszczególnego człowieka (Dionysius, De fivinis nominibus.c.4.)”.

Światowcom – ludziom na poziomie cielesnym brakuje duchowej zdolności koniecznej do widzenia. Powód jest w tym, że „człowiek zmysłowy nie podejmuje tego, co jest z Bożego Ducha” (Zob.1 Które,14), swe oczy skierował ku ziemi (Zob.wg Wulgaty Od 16,11), Święty Duch karności ujdzie przed obłudą, usunie się od niemądrych myśli” (Mdr1, 5). Dlatego tacy ludzie są ludżmi ślepymi i przewodnikami ślepych.

Jak pisze św. Grzegorz, „Ducha Świętego świat nie może przyjąć, ponieważ nie może się wznieść do rzeczywistości niewidzialnych”(S Gregorius, Moralia, V,c.19).

Światowcy im więcej wylewają się na zewnątrz w swoich pragnieniach. tym bardziej przymykają bramę swego serca przed Duchem Świętym, a zdarza się, że całkiem się zamykają- jak mówi święty Paweł apostoł – Ci bowiem, którzy zyją według ciała, dążą do tego, czego chce ciało; zaś ci, którzy żyją według Ducha -do tego, czego chce Duchu”(Rz 8,5).Duch Święty nie mieszka w ciele poddanym grzechowi, gdyż czuje wstręt do brudu grzechu, a jedynie w duszach czystych.

„Dobro, które sprawia w nas dobry Duch z uwagi na swoje działanie  przestrzega pamięć, poucza rozum i porusza wolę. Z tych trzech władz bowiem składa się nasza dusza, jako obraz Boży. Pamięci podsuwa dobro w jej myślach, a także przezwycięża lenistwo i gnuśność”- jak to zauważa św. Bernard- i wyjaśnia dalej: ” dlatego ilekroć poczujesz tego rodzaju poruszenia dobra poczujesz w swoim sercu, oddaj chwałę Bogu i złóż cześć Duchowi Świętemu, którego głos rozbrzmiewa w twoich uszach. W związku z tym Psalmista mówi: „Chciałbym słuchać tego, co mówi Pan Bóg” (Ps zadanie 85,9). Poucza też rozum. Łaska Ducha Świętego z jednej strony wzbudza myśl, a z drugiej uczy jak ją wprowadzać w czyn, by działała stosownie do natchnień i nakazów rozumu. 'Kto  umie dobrze czynić, a nie czyni, grzeszy’ (Jk4,17). Dlatego są potrzebne oprócz napomnień i wskazań zachęty i pobudzenie do dobrego działania. W tenże sposób Duch Święty doprowadza do oczyszczenia nas z grzechów; wzbudza troskę o przestawianie z Bogiem, przenika zakamarki naszego wnętrza; wyjawia myśli i intencje naszego serca. Duch Święty nie chce nawet najmniejszej plewy w naszym sercu, które obrał sobie za mieszkanie, natychmiast wypala ją ogniem swego wnikającego do głębi spojrzenia, pobudza naszą wolę i kieruje ją ku swojej woli, byśmy mogli ją poznać, umiłować i skutecznie wypełnić ( Zob.S. Bernardus, In festo Pentevostes, Sermo II; Antol mist,s. 178).

Duch Święty jest darem zawierającym wszystkie dary  dla nas.  Przychodzi do nas, pobudza nasze serce,  zamieszkuje w nim, napełnia je i obdarza chwałą. Przychodzi do ludzi, przeznacza ich do zbawienia. Pobudzając wzywa tych, których przeznaczył; zamieszkując,  usprawiedliwia tych, których wezwał; napełniając, obsypuje łaskami tych, których usprawiedliwił, a obdarzając chwałą, wzbogaca darami tych, których obsypał swoimi łaskami (Zob.J.w.Sermo III, Antol.mist.,s.178). Ale ludzie światowi nie doswiadczają słonecznego dnia, który rodzi się w duszy z bojaźni Bożej. „Dni człowieka są jak trawa; kwitnie jak kwiat na polu”(Ps 103,15). Natomiast dni wewnętrzne trwają na wieki, są oni jakby stopniami życia duchowego, po których człowiek wstępuje do życia wiecznego. O nich to mówi Psalmistą: „Z dnia na dzień głoście Jego zbawienie” (Ps 96,2). Królestwo Boże w sposób możliwy do zaistnienia jest we wszystkich, w sposób natomiast  istniejący jest w tych, którzy mogą powtórzyć za apostołem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Komentator z Vercelli we „Wstępie to Pieśni nad pieśniami” pisze: ” Jak dusza roztropna rządzi mną w sposób naturalny i pobudza do wszelkiego działania wewnętrznego i zewnętrznego, tak samo i moc Chrystusa, dla którego teraz żyję, łaskawie mnie ożywia i kieruje mną we wszystkim „.

 

 

Kontynuuj czytanie

Wielka łaska

Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić”. (J15,5)

W 2009 roku, dane mi było spotkać się  poraz drugi  z księdzem egzorcystą Janem Pałygą w Hodyszewie, w którym jest Sanktuarium Maryjne. Spotkanie bardzo różniło się od pierwszego.

Z rozmowy z nim  zapamiętałam tylko te słowa, które mu powiedziałam, że trwam w Jezusie, a on odpowiedział mi na to: „To wielka łaska

Spotkanie pierwsze wyglądało zupełne inaczej. Powiedział mi o tym, co wydarzy się w mojej przyszłości. I że martwi się o mnie, czy dotrzymam wierności, gdyż poznam  kogoś przez  Internet -mężczyznę o bardzo silnej osobowości, że takich jak on jest czterech w Polsce.

Moja reakcja na to była następująca: ja i jakiś mężczyzna-  to niemożliwe, ja taka nie jestem… Ksiądz Jan Pałyga powiedział mi wówczas o poczcie E- mail, że nic złego tam nie będzie, ale nie wolno mi się z nim fizycznie spotkać, bo to będzie koniec mojego małżeństwa. Wspomniał, że  mężczyzna z bardzo silną osobowością, gdy przytuli kobietę nawet wierzącą,  może  zrobić z nią, co   zechce. Powiedział mi też czego doświadczę, a czego wcześniej nie doświadczyłam. Trudno mi o tym pisać, bo ludziom, którzy tego nie doświadczyli,  wydawać się to może  niewiarygodne.

W  tymże samym roku poznałam człowieka, przepowiedzianego mi przez księdza Jana Pałygę. I nie miałam żadnych wątpliwości, że to ten mężczyzna, z którym nie wolno mi się fizycznie spotkać.  Uznałam, że taka jest Wola Boża i cieszyłam się z tego, jak bardzo Bóg się troszczy o mnie.

Bogu dzięki i chwała za wszystko.

 

 

Trójca Przenajświętsza w naszym życiu

Dzięki Bogu mogę cofnąć się pamięcią do czasu, gdy miałam dwa i pół latka. Napisałam dzięki, Bogu, bo przecież sama z siebie nie miałabym pamięci. Co się wtedy wydarzyło? Moja mama przedstawiła mi mojego braciszka. Uśmiechnięta serdeczna, trzymająca go na swoich rękach, powiedziała: to twój braciszek… – pobaw go. Bawienie go sprawiało jej wielką radość i niewykluczone, że chciała się ze mną tym podzielić, a ja na to nic jej nie odpowiedziałam, ale zapamiętałam, co pomyślałam: jak ja go pobawię? Przecież ja jestem dzieckiem.

Niewykluczone, że mama pomyślała o tym podobnie, bo ani na chwilę nie przestawała go bawić. Cieszyła się i cieszyła, a ja nie przypominam sobie, bym widziała w moim dzieciństwie podobną sytuację.

Ona, młoda, szczupła, wysoka kobieta, urodziła piąte z kolei dziecko, mimo że nie miała z mężem własnego mieszkania, ale miała to, co jest najważniejsze – wartości duchowe, które górowały nad materialnymi.

Ona była promienna dzięki Bogu, który jest żrodlem wszelkiego dobra. Miłość do dzieci nie wzięła się sama z siebie. Promieniowała nią bezpośrednio na mnie w każdym okresie mojego życia. Także wtedy, gdy wróciła ze szpitala i witała się ze mną, widząc mnie wychudzoną, z obciętymi włosami, mówiąc do mnie czułym głosem, że jestem bardzo mizerna.
Niewykluczone, że jako dziecko więcej słuchałam niż mówiłam. I sprzyjało to refleksji o Bogu. Dzięki Bogu. Bo bez Niego nic nie możemy uczynić.

Przejdź do paska narzędzi