Dzięki Bogu mogę cofnąć się pamięcią do czasu, gdy miałam dwa i pół latka. Napisałam dzięki, Bogu, bo przecież sama z siebie nie miałabym pamięci. Co się wtedy wydarzyło? Moja mama przedstawiła mi mojego braciszka. Uśmiechnięta serdeczna, trzymająca go na swoich rękach, powiedziała: to twój braciszek… – pobaw go. Bawienie go sprawiało jej wielką radość i niewykluczone, że chciała się ze mną tym podzielić, a ja na to nic jej nie odpowiedziałam, ale zapamiętałam, co pomyślałam: jak ja go pobawię? Przecież ja jestem dzieckiem.

Niewykluczone, że mama pomyślała o tym podobnie, bo ani na chwilę nie przestawała go bawić. Cieszyła się i cieszyła, a ja nie przypominam sobie, bym widziała w moim dzieciństwie podobną sytuację.

Ona, młoda, szczupła, wysoka kobieta, urodziła piąte z kolei dziecko, mimo że nie miała z mężem własnego mieszkania, ale miała to, co jest najważniejsze – wartości duchowe, które górowały nad materialnymi.

Ona była promienna dzięki Bogu, który jest żrodlem wszelkiego dobra. Miłość do dzieci nie wzięła się sama z siebie. Promieniowała nią bezpośrednio na mnie w każdym okresie mojego życia. Także wtedy, gdy wróciła ze szpitala i witała się ze mną, widząc mnie wychudzoną, z obciętymi włosami, mówiąc do mnie czułym głosem, że jestem bardzo mizerna.
Niewykluczone, że jako dziecko więcej słuchałam niż mówiłam. I sprzyjało to refleksji o Bogu. Dzięki Bogu. Bo bez Niego nic nie możemy uczynić.